Rozdział 6
Rudy kucyk bujał się
przede mną od lewej do prawej a jego właścicielka przybrała szybkie tempo,
unikając tym samym rozmowy ze mną. Nadal się chyba na mnie boczyła a ja nie
umiałam zrozumieć o co jej chodziło. Szłam zafrasowana jej postawą nic nie
rozumiejąc. Przeszłyśmy przez sporo uliczek, minęłyśmy dzieciniec w którym był
budynek z gabinetem profesora aż w końcu doszłyśmy. To była brama, przeogromna.
Blythe uchyliła ją, przepuszczając mnie. Znowu przyśpieszyła prowadząc mnie
przez ulicę pełną takich samych brukowych bloków. Byłyśmy mniej więcej w
połowie, kiedy się zatrzymała i skręciła w lewo. Podeszła do budynku
oznakowanego numerem 27 i popchnęła drzwi. Zapaliła światło, a moim oczom
ukazał się nowocześnie urządzony dom. Nie było oddzielnych pomieszczeń, było to
coś w stylu studia. Weszła po schodach na górę, ja za nią. Na półpiętrze
znajdowały się trzy pary drzwi, jedne naprzeciwko schodów, dwa inne po prawo.
Otworzyła te naprzeciw, znowu zapalając światło. Moim oczom ukazało się ładna
sypialnia. Duża szafa, czarne łóżko z fikuśnymi metalowymi prętami, nad nim
okno a po jego prawej stronie przy ścianie duże lustro wbudowane w stolik.
-Tu będzie twój
pokój, gdzie śpisz. - Przeszła drzwiami, które znajdowały się obok lustra do
łazienki, utrzymanej w odcieniach fioletu.
-Tu masz łazienkę,
są do niej dwa wejścia. Ostatnie drzwi to gabinet, ale jutro sama go obejrzysz.
To chyba tyle.
Mimo jej humorku
wysłała mi uśmiech, a nawet zrobiła gest jak by chciała się przytulić, w
ostatniej chwili zmieniła zdanie, widząc jak się spięłam. Zeszła szybko po
schodach, trzaskając drzwiami. Dałam sobie mentalnego kopa w dupę. Brawo, znowu
zraniłaś jej uczucia.
Wzdychając wróciłam
do pokoju z łóżkiem, po czym się na nie rzuciłam. W ubraniach i wszystkim
zasnęłam.
Obudziłam się z
wrzaskiem. Wstałam z łóżka dusząc się, tracąc grunt. Otworzyłam drzwi od
łazienki, zapalając światło. Spojrzałam w lustro. Włosy miałam mokre od potu,
oczy chodziły i błyszczały strachem. Czerwona, mokra twarz i te blizny. Szyja,
twarz... Zaczęłam drapać po obszarze widocznym w lustrze paznokciami,
zapragnęłam zdrapać sobie skórę, pozbyć się TEGO. Opamiętałam się, jednocześnie
walnęłam się w twarz. Znów czułam ból. Pochyliłam się nad umywalką i spojrzałam
w jej biel. Jedna kropla, druga, trzecia… biel była skażona przez czerwień.
Ściągnęłam z siebie bluzkę i zasłoniłam nią lustro. Odkręciłam cholernie gorącą
wodę i pozwoliłam jej napełnić wannę, obserwując poziom wody. Rzuciłam resztę
ubrań na podłogę i wślizgnęłam się w gorącą wodę. Zakręciłam dopływ. Moje serce kołatało przez gorąc, ale było mi
dobrze. Nie czułam bólu ani ciepła. Po prostu sobie egzystowałam. Wyciszałam
się, zbierałam swoje myśli. Pod wpływem
całokształtu sytuacji jedyne co chodziło mi po głowie to odejście. Chciałam
stąd odejść po prostu. Co byś zrobiła?
Szłabym. Tak długo, póki nie znalazłabym powodu aby się zatrzymać. Był to jakiś
plan, inaczej sobie nie poradzę. Potrzebuję powietrza, samotności, wiatru,
deszczu, zero nadzoru czyli tego czego byłam pozbawiona w tamtym miejscu. Jeśli tego nie zrozumieją? I tak wyjdę.
Powinni to wiedzieć. Tak nie można żyć. Na co komu inni kiedy nie rozumie się
siebie? Nie kontroluje? Muszę znaleźć poziom zero, wyrównać się sama ze sobą.
Jestem królową pokoju, sama będąc niekończącą się bitwą. Wyszłam, wytarłam się
trzymając spojrzenie na suficie. Jak duch przekradłam się do sypialni. W torbie
od Blythe był golf, jasna bluzeczka, dżinsy, czarne spodnie, spódnica, bielizna
i jedna srebrna sukienka. Założyłam golf, spodnie. W łazience szukałam, ale nie
było. Będą w kuchni. Bingo, nożyczki
wisiały na haczyku. Trzymając je w ręce znowu wróciłam do łazienki. Ściągnęłam
bluzkę z lustra. Jeden metaliczny odgłos, kosmyki na ziemi. Nie kontrolowałam
się, im więcej tego gówna na ziemi tym lepiej. Odważyłam się w końcu spojrzeć w
lustro. Po jednej stronie było krócej, ale pomajstrowałam i wyszło dobrze. Jak
dla mnie, było idealnie, wreszcie. Założyłam buty i zeszłam po schodach. Kurtka
od Ryan'a wisiała koło drzwi. Ledwo świtało, ale trudno. Włożyłam ramiona w
kurtkę i otworzyłam drzwi. Było chłodno, bardzo mnie to cieszyło. Szłam,
słysząc kamienie pod moimi butami. Kilka ptaków śpiewało a ja zaśpiewałabym
najchętniej z nimi. Szarpnęłam bramę, była otwarta. Miałam dobry zmysł
orientacji, nie dużo czasu zajęło mi dojście do budynku. Znowu marmurowe
schody. Przed drzwiami nie stał nikt, zapukałam. Kilka przekleństw i
warknięcie: wchodź.
Zobaczyłam go,
pozbawionego tej aury wyższości. Otworzył szeroko oczy, kiedy mnie ujrzał. No
tak, włosy.
-Muszę odejść.
Trochę go wcięło.
Przestudiował mnie wzrokiem. Zrozumiał.
Westchnął i
przysiadł na biurku.
-Wiedziałem, czułem.
- uniósł spojrzenie. -Wyjedź, odnajdź to ale wróć. Zależy nam na zakończeniu
tego.
Teraz ja opuściłam
spojrzenie.
-Oni wszyscy umarli,
prawda?
Gwałtownie wciągnął
powietrze. Nie mogłam tego inaczej odebrać.
-Widziałam szyję
Betty. Zawsze im dawali zastrzyki ale tylko im, nigdy mnie, nigdy mnie! Ona nie
oddychała tak długo, Rowland przez co najmniej tydzień musiał odczekać, żeby
nie bać się mojego dotyku a ja nigdy. Nie mówili nic, jak zaklęci. Wszyscy
sądzili że to moja wina ja nie chciałam naprawdę nie chciałam. - krztusiłam się
przez łzy. - Przysięgam nie chciałam ich skrzywdzić.
Podał mi butelkę
wypełnioną brązowym płynem.
-Alkohol. Weź choć
łyka.
Ciecz ledwo przeszła
mi przez gardło, obrzydliwe. Jednak coś zmieniła. Chyba coś mi się w tym
spodobało. Miałam zamiar wziąć kolejny, ale zabrał mi.
-Nie teraz.
Drzwi otworzyły się,
a do pokoju wszedł Ryan. Trzymał plecak i skórzany mały prostokątny przedmiot.
-Twój dowód i karta.
Pieniędzy jest wystarczająco, nie musisz się bać. Mave Lutenat, byliśmy
zmuszeni zmienić nazwisko. W plecaku masz najważniejsze rzeczy, trochę ubrań i
jedzenia. Staraj się nie zwracać zbytniej uwagi, szukasz przygód. - Pomógł mi
plecak założyć na ramiona a kartkę i dowód wsadziłam do kieszeni spodni. Podał
mi jeszcze metalowe smukłe urządzenie. Wyjaśnił mi po krótce jak korzystać z
niego, był to telefon.
-No to chodź.
Pozdrowiłam gestem
profesora i skierowałam się za Ryan'em. Kolejny raz kluczyłam przez zakręty i
zakamarki ośrodka. Po dłuższym czasie weszliśmy do białego, gładkiego bloku.
Długi korytarz, cholernie dużo schodów w dół. Podziemia, nadal gładkie i
nieskazitelne ściany. Co najmniej 10 minut przyśpieszonego kroku, kolejny raz
schody. Po wspięciu się, duże drzwi i zielony znak wyjścia nad nimi. Pchnął
drzwi i przytrzymał je dla mnie. Znów wysunął się na prowadzenie. Słońce
dopiero wschodziło. Zaprowadził mnie do autobusu.
-W środku jest
walizka z ubraniami. W plecaku masz wystarczająco jedzenia żeby dojechać i nie
być głodna.
-A gdzie jadę? -
spojrzałam się na niego podejrzliwie
-Pomyślałem, że góry
będą dobrym początkiem. W komórce masz numer mój, Dawkinsa i Blythe. Kiedy
postanowisz ruszyć dalej, zadzwoń, każde z nas załatwi Ci transport lub nocleg.
Obserwował moją
reakcję, a ja chciałam tylko wsiąść i jechać. Coś mnie jednak tchnęło.
Spojrzałam się prosto w jego oczy. Nie uciekł, wytrwale patrzył się także w
moje. Trwało to chwilę. Nieznacznie przysunęłam się do niego i powiedziałam
dobitnie dziękuję. Powoli odwróciłam
się, weszłam na schodki do wejścia do środka autobusu, obróciłam się. Jedyne co
zobaczyłam, to zamykające się drzwi. Sama zrobiłam to samo.
Rozdział i to nie w środku nocy? Postęp! Mam nadzieję, że się spodoba. Autorem piosenki jest James Bay, dzięki za inspirację.
Peace out, Lizzy over.