piątek, 22 stycznia 2016

Highway To Hell ~IV~


Upchnęłam staromodną walizkę jeszcze z czasów mojej mamy do mojego wysłużonego, starego i godnie zapracowanego Porshe 911, ledwo domykając bagażnik. 
-Będę wysyłać listy.
-Wiem.
Tata trochę zmiękł, miał mokre oczy.
-Weź nie bądź cipa. - wymamrotałam ściskając go mocno. - I nie jedz byle czego, jak już w śmietniku będzie pełno opakowań po pizzy to wiedz, że musisz zluzować. Jadaj czasem u Joyce, ewentualnie mogę podsyłać Ci przepisy na coś łatwego, pamiętaj jaki jest twój stan i co musisz przestrzegać
-Od kiedy zyskałaś status mojej matki, ja to powinienem mówić.
Spojrzałam na niego spod grzywki.
-Nie byłeś najlepszy w tatkowaniu. Ale jesteś najlepszy w byciu przyjacielem.
No i się rozpłakał.
-Boże, jesteś jak dziecko. - znowu go uścisnęłam.
-Mama…. - zająknął się.
-Walić tą sukę. - powiedziałam radosnym tonem.
Chyba chciał dać mi reprymendę, ale zorientował się, że mówiłam prawdę. Przytaknął mi i sprzedał mięśniaka. Wyskoczyłam z paznokciami i popychaniem, póki znów nie zaczęły mu lecieć łzy. Trochę bezradnie spojrzałam w stronę, w którą miałam ochotę pobiec. Wzięłam gwałtowny tył zwrot, wpadając na kogoś. Te idiotyczne szaro zielone oczy gapiły się na mnie, przepełnione łzami i bólem. Na rękach miała Świstoświnkę.
-Chciała się pożegnać. - wymamrotała bezradnie.
-Głupiaś. - mruknęłam.
Wzięłam od niej kotkę i uścisnęłam, gładząc po pyszczku. Nie do końca przekonana dałam kota tacie i spojrzałam na Katie.
-Kocham cię. - wykrztusiła przez łzy.
Przycisnęłam ją do siebie najmocniej jak mogłam, prawie ją miażdżąc. Otarłam jej łzy z policzków.  Chciałam coś dodać, ale nie mogłam się zmusić. Wsiadłam za kierownicę. Sprawdziłam czy wszystko mam, wzięłam łyka energetyka, żeby dotrwać do wyjazdu  miasta. Odpaliłam silnik po czym puściłam Highway to Hell na cały regulator. Opuściłam dach i założyłam okulary przeciwsłoneczne. Pojechałam, zostawiając za sobą dym i piach. Kiedy zobaczyłam znak: "Żegnamy, do następnego razu!" zatrzymałam się za nim. Wyłączyłam na chwilę silnik. Zobaczyłam się w lusterku i zaczęłam ryczeć. Co ja wyprawiam?

cusz za emocje, pożegnanie, częściowe wybaczenie???? 

ok, ssę w opisywaniu rozdziałów mam nadzieję, że się podobało ało, ahoj!

Peace out, Lizzy over.

czwartek, 21 stycznia 2016

Weird Stuff II

Bążur,
Znowu coś od Łosia, enjoy!
Ten dzień był jednym z najgorszych w moim życiu. Przez zdiagnozowaną własnoręcznie depresję coraz bardziej nakrecałam tę spiralę, która prowadziła mnie okrężną drogą na samo dno. Można by rzec, że od dłuższego czasu wszystko leżało w gruzach, bez nadziei na zmianę sytuacji. Moja rodzina od lat była dziwna. W sumie za sprawą ojca, którego moja matka nie potrafiła znieść. Mój młodszy brat ma nerwicę, starszy nie potrafi się odnaleźć, a ja no cóż... po prostu jestem zjebem. On zamienił nasze życie w piekło, ale despoci i tyrani tak mają. Nie panują nad gniewam, który wyżera ich od środka jak kwas solny, pozostawiając rany, które zaleczyć może tylko miłość. A jakże. Ktoś jeszcze wierzy w nią jako fundament rodziny? Ja przestałam gdy prawie skręcił Małemu kark, bo ten nie chciał zgasić światła. Mimo wszystko nie jest on dla mnie straszny. To mały, biedny człowiek, którego przytłoczyły emocje i pierwotny lęk. Nienawidzi wszystkiego, co się wyróżnia. Nic nie sprawia mu radości, ani książki (oprócz biografii Hitlera), ani jedzenie, ani kobieta, która budzi się koło niego każdego poranka. Choć ostatnio nastąpiła zmiana, mianowicie: zaczęli mieć poczucie humoru. Trochę szkoda, że to ja jestem dla nich najśmieszniejszą osobą, przepraszam, rzeczą na świecie. W sumie to jest nawet śmieszny szczególnie ten dowcip, który wydyszał trzesąc się że śmiechu ostatniego wieczoru: " w ten sposób malują się tylko te siksy z pod latarni". Nie do końca wiedziałam, o co mu właściwie chodzi, ale później zrozumiałam, że chodzi o dziwki. Tamtego dnia znów się na mnie wydarł, dowiedziawszy się ostatnio o moim ateiźmie, nie potrafił się powstrzymać od nieziemsko denerwujących uwag, bo przecież teraz nie jestem już ich córką i może robić to bez dbania o rodzinne relcje. Jakby kiedyś to robił, do jasnej cholery. Na domiar złego nie potrafię pomóc moim przyjaciołom. W sumie każdy aspekt tej tak zwanej przyjaźni gnije od środka. Konflikty eskalują, a hipokryzja stała się naszą pasją. Brooklyn, jedna z niewielu osób, która sprawia wrażenie jakby mnie rozumiała (zwana przeze mnie Burakiem), stała się nagle obcą z powodów, których nie jestem pewna. Emiliy, zawsze wrażliwa i dbająca o wszystkich, przestała, żyć marzeniami, brutalnie sprowadzona na ziemię przez rzeczywistość, zwaną też Annabel. To całe napięcie i złość, a wręcz żądza mordu, nawarstwiały się i rosły od kilku miesięcy, aż w końcu eksplodowały jak wrzód na pawianim tyłku, obficie skrapiając nas ropą, krwią i żółcią. "Należało by ruszyć dupę"- myślałam oglądając po raz trzeci ten sam film na YouTube. Jednak uczucie pustki sparaliżowało moje kończyny, a beznadziejność tej sytuacji, przeradzała się powoli w myśli samobójcze. " Masz chujową psychikę, Kmieciu"- myślałam szukając czegoś, co mogło by jakoś pomóc. "Ej, nie chcesz umierać, ja na pewno ci nie pozwolę"- stwierdziła ta część mózgu, która wpierdalała się we wszystko, jak na porządny mózg przystało. "Co powiesz na trochę samookaleczania?"- odezwał się drugi kutas w mojej głowie. "Chujowy pomysł... ...sprobójmy!" Oczywiście nie mam w domu żyletek, nawet noża który nie byłby tępy jak większość mojej klasy na lekcjach fizyki. Pozostały nożyczki, w chuj ostre, bo nówka sztuka. Przejechałam ostrzem po skórze. Nic. Powtórzyłam to kilka razy, po czym dziabnęłam się w wierzch dłoni, nic, kurwa mać. Zabawa z puchatymi szczeniaczkami daje więcej obrażeń. Patrząc na mój naskórek pełen białych rys i ślad po nożyczkach, wyglądający jak dziobnięcie papużki i na swoje położenie, zaczęłam śmiać się bardziej kaszliwie niż z żartów George'a Carlina z mojej chujowości. Świat jest piękny, kiedy dostrzerzesz jak bardzo nie wyjątkowy jesteś w byciu jebniętym strusiem.
Czymajcie się, Moose
Edit: najserdeczniej polecam Heroes, wielkiego Bowiego

środa, 20 stycznia 2016

A drop in the ocean ~III~


ssę w dotrzymywaniu słowa co i kiedy, więc już nie będę tego robić ok ;-;

Obudziłam się poprzez deszcz. Umiałam wyczuć kiedy pada i zawsze się budziłam, nie ważne o której. Czułam się, jakbym głowę miała wypchaną watą ale było to normalne po płaczu, w moim przypadku. W pokoju było jasno, a więc przespałyśmy całą noc. Godzina na zegarku wskazywała 6:30. Przeciągnęłam się, czując sierść Świstoświnki w buzi. W łóżku nie było ani mojej kotki, ani Kate. Wyczołgałam się spod kołdry. Przeszłam po cichu do kuchni, jednak mój tata nie spał. Siedział przy stole i wpatrywał się w gazetę. Myślał nad czymś intensywnie, poznałam to po jego mimice. Nalałam do kubka z nadrukiem motora gorącą herbatę. Był to kubek Cory'ego, sama mu go kupiłam. Wplatając w normę takie małe szczegóły, jak picie z jego kubka uśmierzały mój ból i byłam pewna, że o nim nie zapomnę. Sączyłam powoli napój wpatrując się w okno, widząc jak ludzie biegną ile sił i chowają się przed wodą. Nadeszły grzmoty, a więc będzie to coś dłuższego. Mimo od chwili do chwili głośnych odgłosów burzy, w domu było cicho.
-Gdzie Katie?
-Powiedziała, że potrzebuje świeżego powietrza i żebyś dołączyła do niej kiedy się obudzisz.
-Kiedy wyszła?
-Nie dalej niż 10 minut temu.
Odstawiłam kubek i wróciłam do swojego pokoju. Ubrałam bawełniane rajstopy a na nie wciągnęłam dżinsy. Z głębi mojej szafy wyciągnęłam czarny, duży ciepły sweter, który włożyłam na bawełnianą podkoszulkę, bo drapał.  Wepchnęłam nogi w skórzane buty i narzuciłam na siebie czarny płaszcz. Telefon włożyłam do kieszeni, do ręki wzięłam czarną parasolkę i wyszłam.


Stała pod drzewem, przygarbiona i ubrana na czarno. Podeszłam i podałam jej parasolkę. Wzięła ją wdzięczna i usiadła na ławce a ja z nią. Przyjrzałam się jej twarzy. Wyglądała tak jakby nabrała dziesięć lat.
-Nie chce wyjeżdżać.
-Chcesz. -prawie warknęła na mnie.
Posłałam jej zdzwione spojrzenie. Zawiesiłam głowę, spłoszona.
-Czemu tak mówisz? Wiesz, że tego nie chce.
-Przekonasz się jeszcze. - rzuciła gorzko
-Wściekasz się?
-Nie wściekam!
-Ależ tak! Słyszę to i widzę.
-Nic nie widzisz, ani słyszysz! NIE JESTEM ZŁA!
-ALE MASZ PRAWO!
-NIE JESTEM ZŁA, BO TEŻ WYJEŻDŻAM!
Poczułam się, jak bym dostała w twarz. Wstałam i cofnęłam się kilka kroków.
-Słucham?
Kate wysłała mi smutne spojrzenie.
-O czym ty pierdolisz?
Opuściła głowę jeszcze niżej.
-Niby czemu? - głos mi się załamywał. -Przecież… przecież ja wrócę! A ty… mnie zostawisz? Odejdziesz? - poczułam łzy.
-Proszę, przestań.
-Przestań? Jak śmiesz?
-Wcale nie wrócisz! Bea, poznasz znajomych, drugą połówkę, znajdziesz pracę, mieszkanie - w miarę jak to mówiła głos znów się jej podnosił.
 -A ja tu zostanę, wychowując.. Dziecko twojego martwego brata!
Poczułam drugi policzek i kop w brzuch. Moje spojrzenie musiało wyrażać wszystko.
-Przepraszam Beatrice, ja… nie umiałam Ci powiedzieć.
Odwróciłam się od niej. Co tu trudnego powiedzieć? Kate przede mną nic nie ukrywała. O kurwa.
-Ty chcesz je usunąć. - ledwo przeszło mi to przez gardło. -Ty chcesz usunąć dziecko. - mówiłam to bardziej do siebie, nie umiałam uwierzyć.
Odwróciłam się. Jej twarzy była skąpana w łzach i poczuciu winy.
-A co mam innego zrobić? Nie mogę, Beatrice. Za bardzo go kocham.
-Więc usuniesz? Z miłości do niego?
-A mam sama wychować? Patrzeć się jak dorasta, robi wszystko bez ojca? Nie jestem jak ty, nie chcę codziennie o nim pamiętać, muszę ruszyć na przód.
-Nie, błagam. Zrezygnuję, zrezygnuję z Wembley, tylko błagam nie zabijaj g, będę tu, wychowam, zrobię
-Bea, nie. -przerwała mi ostro. -Już za późno. To MOJA decyzja. I tyle, pogódź się z tym.
Oczy zaszły mi łzami.

 Nic nie jest trwałe.

cóż za kulminacyjny moment, huhu
Łoś powiedział, że mam kontynuować ponieważ jest to "esencja mnie" więc jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie to czytał, podziękuj Łosiowi ponieważ będę kontynuować, a co. Dłuższa przerwa od Mave nikogo nie skrzywdzi , nie?

Peace out, Lizzy.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Weird Stuff

Hello it's me. Łoś is back!
Witam wszystkich po tej spontanicznej przerwie. Mam nadzieję, że nie zdążyliście umrzeć.
W rybryczce: "Weird Stuff" będą się pojawiały różne rzeczy. Interpretuje je sobie jak chcecie.
P.S. pisanie pod wpływem emocji sprawia, że stajemy się nieobiektywni, ale dżizzz nawet Hesus nie był obiektywny jak używał tych swoich czarodziejskich mocy. Podsumowując ten przydługi wstęp: zapraszam!
W imię niewidzialnej istoty, która ponoć kocha nas bardziej niż możemy sobie wyobrazić, wyrzekają się miłości w stosunku do kogokolwiek lub czegokolwiek, byleby nie złamać przykazań, wymyślonych przez ludzi, którzy bardzo chcieli panować nad światem, ponoć z ramienia 'Boga'. Są z siebie dumni, że wciąż trwają w związku mimo przeciwności. Nie mogę tego pojąć. To nie jest 'związek', tylko ustawiczna wojna prowadzona na wszystkich możliwych frontach. Przekonani o swojej nieomylności wciąż trwają w błogiej, pełnej złudzeń rzeczywistości, nie chcąc oderwać się od jedynego promyczka irracjonalnej nadzieji, który porządkuje ich świat. Nienawidzą inności i kpią z marzeń. Nigdy nie znali prawdziwej miłości, którą nie jestem w stanie ich obdarzyć, a wieloletnia przyjaźń i małe poświęcenia są dla nich głupotą i wyzyskiem. Śmierć jest karą. Wbrew szerzonym poglądom nie wyczekują zbawienia. Perspektywa przemijania to tylko gorycz i desperackie wybieranie najmniej ryzykownej opcji. To nie przekonania, to pierwotny lęk przed tym, czego nie możemy pojąć.

Barber Shop ~II~


Kończyliśmy mecz dogryzając sobie co chwila, a na nieudanych obronach czy atakach rzucając w ekran popcornem, który zbierała moja kotka Świstoświnka i głośnych aktów dezaprobaty. Zostało ostatnie 10 minut kiedy mój telefon zaczął wibrować. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojej przyjaciółki, więc bez krępacji zaczęłam śpiewać piosenkę Adele "Hello". Prześpiewałyśmy cały refren, mój tata zdążył trzy razy kazać mi zamknąć ryj zanim przeszłam do powodu dla którego do mnie dzwoni.
-Jest kurewsko zimno, trzymam trzy gorące pudełka chińszczyzny i chyba nie chcesz żeby zmarzły?
Rzuciłam słuchawkę i w kapciach zlazłam na dół. Nigdy nie wyjdę z podziwu dla Katie jak dobrze umie ukrywać emocje. Stała oczywiście cała zaryczana. Wciągnęłam ją za sobą do środka, przejmując siatkę z chińszczyzną i trzymając jej rękę. Otworzyłam drzwi, a kiedy tata zobaczył łzy szybko zaszył się w swoim pokoju. Kate poszła do łazienki a ja ułożyłam narzutę na łóżku i wzięłam sztućce. Świstoświnka tak żałośnie na mnie patrzyła, że nie mogłam powstrzymać się przed podaniem jej kilku kawałków mięsa. Zjadła w sekundę po czym jak zawsze wdrapała się na mnie. Przytuliłam tą grubą i najaksamitniejszą kotkę jaką znałam. Skrzypienie drzwi zakomunikowało mi, że czas na jedzenie. Znowu nastąpiło ściganie się kto pierwszy wejdzie na moje łóżko na antresoli i jak zawsze oberwałam od Kate jej nogą w głowę. Obie się śmiałyśmy, ona przez łzy. Puściłam naszą ukochaną składankę i wsłuchując się w Iris patrzyłam jak przyjaciółka się rozkleja. Popchnęłam ją na łóżko po czym przygniotłam swoimi 50 kilogramami. Wtuliła się we mnie a ja w nią. Moja kotka wlazła i położyła się na głowie Katie, mając zapewne przekonanie, że takim sposobem ją uciszy. Póki nie wyczuje, że się uspokaja nie miała zamiaru z niej zejść, zresztą tak jak ja.
-Brakuje mi go tak bardzo. - szepnęła cichutko i nic więcej nie musiała mówić.
Wreszcie była cisza. Wstałam i spojrzałam się na nią spod grzywki. Podałam pudełko chińszczyzny i zaczęłyśmy wcinać oraz gadać jak nigdy nic. Włączyłam telewizor i puściłam powtórkę odcinka Top Model, mimo, że wczoraj na bieżąco go relacjonowałyśmy przez facebooka. Zawsze tak robiłyśmy. Trzecie pudełko tradycyjnie jadłyśmy na spółkę, właściwie pełne po pierwszych, ale nie umiałyśmy odmówić sobie przyjemności zjedzenia nadprogramowej ilości po czym leżenia i słuchania swoich narzekań, jak byśmy nie miały innych problemów. Od dwóch miesięcy towarzyszył temu także płacz, ale to nic.
W top model kolejny raz zwyzywałyśmy Jenny, która według nas miała tak wielkie ego jak dupę i śmiałyśmy się z platyny Angeliki. Kibicowałyśmy Mary, jednocześnie zaklinając jej nikłą pewność siebie. Po skończonym odcinku, ułożyłyśmy się co chwila rzucając idiotyczne porównania typu, 'jestem pełna jak beczka' i 'jakie życie jest trudne'. Po zaledwie kilku "życie jest trudne" złamałam się i łzy zaczęły lecieć. Z kolei Katie przyczołgała się do mnie, ściskając mnie. Płakałyśmy razem, a Świstoświnka słysząc to położyła się tym razem mi na głowę, miałcząc.

ajj, trudny okres w szkole, przepraszam za nieobecność w nagrodę jutro kolejna i już prawdopodobnie ostatnia część tego czegoś, muszę wrócić do korzeni.
Peace out, Lizzy.

piątek, 8 stycznia 2016

smth new ~I~

lekka przerwa od rutyny nikomu nie szkodzi, wstawiam wam mój nowy pomysł który podzieliłam na krótkie części, buziaki!


-Idę się wysrać.
-Pysznie.
Wróciłam i znów zagłębiłam się w duży bezkształtny fotel alias worek. Mój ojciec wydał z siebie donośny bek.
-Jesteś obrzydliwy. -skwitowałam.
-Ależ nie, gazów się nie trzyma i dobrze o tym wiesz.
-To z jakiej racji czepiasz się mnie? - po czym sama poszłam za przykładem taty.
-Jak dobrze, że już nie będę musiał za ciebie płacić.
Dogryzał mi z racji mojego stypendium jak tylko znalazł sposób, ale wiedziałam, że jest cholernie dumny. Wembley Academy to najbardziej prestiżowa, wyśniona i według moim niedawnym przekonaniom, najbardziej niedostępna dla mnie uczelnia w Montatnie. A jednak, dzięki mojej niesfornej i niepokonanej siostrze, właśnie do tej uczelni w Billings wybieram się za trzy dni. Byłam przerażona ruszeniem do największego miasta w Montanie i opuszczenia Shelby. Tu, wszystko miałam pod kontrolą, orientowałam się, miałam silne mentalne korzenie. Jednak nadal byłam cholernie wdzięczna siostrze. Jak zawsze grzebała w moich rzeczach, akurat kiedy byłam w pracy i znalazła wypełniony formularz zgłoszeniowy którego nigdy nie zamierzałam wysłać. Miał być ukoronowaniem mojego marnego życia. Tego samego dnia Riley wysłała formularz wraz z pracami które jej dawałam, a były to głównie te tragiczne, które ona ratowała przed podarciem i ogólnym zniszczeniem. Kiedy kilka dni temu przyszedł list zawiadamiający o przyjęciu mnie w poczet studentów i przyznaniu całkowitego stypendium, z warunkiem mojego stawienia się 1 października i nadesłaniu jeszcze kilka według mnie moich najlepszych prac. Po przeczytaniu listu miałam chęć uderzenia, uduszenia, zabicia, ucałowania i czczenia mojej siostry. Zostałam jednak przy rozbeczeniu się jak dziecko i uściśnięciem jej powtarzając naokoło kocham cię i nie cierpię cię. Po tym wydarzeniu byłam już pewna, że będziemy nierozłączone. Jednak nawet samobójstwo Cory'ego nie umiało nas rozedrzeć. Zdjęło mi to tonę zmartwień z serca, bo kolejnej straty rodzeństwa bym już nie zniosła. 

Peace out, Lizzy over

sobota, 2 stycznia 2016

~`6 :Hold Back The River:


Rozdział 6
Rudy kucyk bujał się przede mną od lewej do prawej a jego właścicielka przybrała szybkie tempo, unikając tym samym rozmowy ze mną. Nadal się chyba na mnie boczyła a ja nie umiałam zrozumieć o co jej chodziło. Szłam zafrasowana jej postawą nic nie rozumiejąc. Przeszłyśmy przez sporo uliczek, minęłyśmy dzieciniec w którym był budynek z gabinetem profesora aż w końcu doszłyśmy. To była brama, przeogromna. Blythe uchyliła ją, przepuszczając mnie. Znowu przyśpieszyła prowadząc mnie przez ulicę pełną takich samych brukowych bloków. Byłyśmy mniej więcej w połowie, kiedy się zatrzymała i skręciła w lewo. Podeszła do budynku oznakowanego numerem 27 i popchnęła drzwi. Zapaliła światło, a moim oczom ukazał się nowocześnie urządzony dom. Nie było oddzielnych pomieszczeń, było to coś w stylu studia. Weszła po schodach na górę, ja za nią. Na półpiętrze znajdowały się trzy pary drzwi, jedne naprzeciwko schodów, dwa inne po prawo. Otworzyła te naprzeciw, znowu zapalając światło. Moim oczom ukazało się ładna sypialnia. Duża szafa, czarne łóżko z fikuśnymi metalowymi prętami, nad nim okno a po jego prawej stronie przy ścianie duże lustro wbudowane w stolik.
-Tu będzie twój pokój, gdzie śpisz. - Przeszła drzwiami, które znajdowały się obok lustra do łazienki, utrzymanej w odcieniach fioletu.
-Tu masz łazienkę, są do niej dwa wejścia. Ostatnie drzwi to gabinet, ale jutro sama go obejrzysz. To chyba tyle.
Mimo jej humorku wysłała mi uśmiech, a nawet zrobiła gest jak by chciała się przytulić, w ostatniej chwili zmieniła zdanie, widząc jak się spięłam. Zeszła szybko po schodach, trzaskając drzwiami. Dałam sobie mentalnego kopa w dupę. Brawo, znowu zraniłaś jej uczucia.
Wzdychając wróciłam do pokoju z łóżkiem, po czym się na nie rzuciłam. W ubraniach i wszystkim zasnęłam.

Obudziłam się z wrzaskiem. Wstałam z łóżka dusząc się, tracąc grunt. Otworzyłam drzwi od łazienki, zapalając światło. Spojrzałam w lustro. Włosy miałam mokre od potu, oczy chodziły i błyszczały strachem. Czerwona, mokra twarz i te blizny. Szyja, twarz... Zaczęłam drapać po obszarze widocznym w lustrze paznokciami, zapragnęłam zdrapać sobie skórę, pozbyć się TEGO. Opamiętałam się, jednocześnie walnęłam się w twarz. Znów czułam ból. Pochyliłam się nad umywalką i spojrzałam w jej biel. Jedna kropla, druga, trzecia… biel była skażona przez czerwień. Ściągnęłam z siebie bluzkę i zasłoniłam nią lustro. Odkręciłam cholernie gorącą wodę i pozwoliłam jej napełnić wannę, obserwując poziom wody. Rzuciłam resztę ubrań na podłogę i wślizgnęłam się w gorącą wodę.  Zakręciłam dopływ.  Moje serce kołatało przez gorąc, ale było mi dobrze. Nie czułam bólu ani ciepła. Po prostu sobie egzystowałam. Wyciszałam się, zbierałam swoje myśli. Pod  wpływem całokształtu sytuacji jedyne co chodziło mi po głowie to odejście. Chciałam stąd odejść po prostu. Co byś zrobiła? Szłabym. Tak długo, póki nie znalazłabym powodu aby się zatrzymać. Był to jakiś plan, inaczej sobie nie poradzę. Potrzebuję powietrza, samotności, wiatru, deszczu, zero nadzoru czyli tego czego byłam pozbawiona w tamtym miejscu. Jeśli tego nie zrozumieją? I tak wyjdę. Powinni to wiedzieć. Tak nie można żyć. Na co komu inni kiedy nie rozumie się siebie? Nie kontroluje? Muszę znaleźć poziom zero, wyrównać się sama ze sobą. Jestem królową pokoju, sama będąc niekończącą się bitwą. Wyszłam, wytarłam się trzymając spojrzenie na suficie. Jak duch przekradłam się do sypialni. W torbie od Blythe był golf, jasna bluzeczka, dżinsy, czarne spodnie, spódnica, bielizna i jedna srebrna sukienka. Założyłam golf, spodnie. W łazience szukałam, ale nie było. Będą w kuchni. Bingo, nożyczki wisiały na haczyku. Trzymając je w ręce znowu wróciłam do łazienki. Ściągnęłam bluzkę z lustra. Jeden metaliczny odgłos, kosmyki na ziemi. Nie kontrolowałam się, im więcej tego gówna na ziemi tym lepiej. Odważyłam się w końcu spojrzeć w lustro. Po jednej stronie było krócej, ale pomajstrowałam i wyszło dobrze. Jak dla mnie, było idealnie, wreszcie. Założyłam buty i zeszłam po schodach. Kurtka od Ryan'a wisiała koło drzwi. Ledwo świtało, ale trudno. Włożyłam ramiona w kurtkę i otworzyłam drzwi. Było chłodno, bardzo mnie to cieszyło. Szłam, słysząc kamienie pod moimi butami. Kilka ptaków śpiewało a ja zaśpiewałabym najchętniej z nimi. Szarpnęłam bramę, była otwarta. Miałam dobry zmysł orientacji, nie dużo czasu zajęło mi dojście do budynku. Znowu marmurowe schody. Przed drzwiami nie stał nikt, zapukałam. Kilka przekleństw i warknięcie: wchodź.
Zobaczyłam go, pozbawionego tej aury wyższości. Otworzył szeroko oczy, kiedy mnie ujrzał. No tak, włosy.
-Muszę odejść.
Trochę go wcięło. Przestudiował mnie wzrokiem. Zrozumiał.
Westchnął i przysiadł na biurku.
-Wiedziałem, czułem. - uniósł spojrzenie. -Wyjedź, odnajdź to ale wróć. Zależy nam na zakończeniu tego.
Teraz ja opuściłam spojrzenie.
-Oni wszyscy umarli, prawda?
Gwałtownie wciągnął powietrze. Nie mogłam tego inaczej odebrać.
-Widziałam szyję Betty. Zawsze im dawali zastrzyki ale tylko im, nigdy mnie, nigdy mnie! Ona nie oddychała tak długo, Rowland przez co najmniej tydzień musiał odczekać, żeby nie bać się mojego dotyku a ja nigdy. Nie mówili nic, jak zaklęci. Wszyscy sądzili że to moja wina ja nie chciałam naprawdę nie chciałam. - krztusiłam się przez łzy. - Przysięgam nie chciałam ich skrzywdzić.
Podał mi butelkę wypełnioną brązowym płynem.
-Alkohol. Weź choć łyka.
Ciecz ledwo przeszła mi przez gardło, obrzydliwe. Jednak coś zmieniła. Chyba coś mi się w tym spodobało. Miałam zamiar wziąć kolejny, ale zabrał mi.
-Nie teraz.
Drzwi otworzyły się, a do pokoju wszedł Ryan. Trzymał plecak i skórzany mały prostokątny przedmiot.
-Twój dowód i karta. Pieniędzy jest wystarczająco, nie musisz się bać. Mave Lutenat, byliśmy zmuszeni zmienić nazwisko. W plecaku masz najważniejsze rzeczy, trochę ubrań i jedzenia. Staraj się nie zwracać zbytniej uwagi, szukasz przygód. - Pomógł mi plecak założyć na ramiona a kartkę i dowód wsadziłam do kieszeni spodni. Podał mi jeszcze metalowe smukłe urządzenie. Wyjaśnił mi po krótce jak korzystać z niego, był to telefon.
-No to chodź.
Pozdrowiłam gestem profesora i skierowałam się za Ryan'em. Kolejny raz kluczyłam przez zakręty i zakamarki ośrodka. Po dłuższym czasie weszliśmy do białego, gładkiego bloku. Długi korytarz, cholernie dużo schodów w dół. Podziemia, nadal gładkie i nieskazitelne ściany. Co najmniej 10 minut przyśpieszonego kroku, kolejny raz schody. Po wspięciu się, duże drzwi i zielony znak wyjścia nad nimi. Pchnął drzwi i przytrzymał je dla mnie. Znów wysunął się na prowadzenie. Słońce dopiero wschodziło. Zaprowadził mnie do autobusu.
-W środku jest walizka z ubraniami. W plecaku masz wystarczająco jedzenia żeby dojechać i nie być głodna.
-A gdzie jadę? - spojrzałam się na niego podejrzliwie
-Pomyślałem, że góry będą dobrym początkiem. W komórce masz numer mój, Dawkinsa i Blythe. Kiedy postanowisz ruszyć dalej, zadzwoń, każde z nas załatwi Ci transport lub nocleg.
Obserwował moją reakcję, a ja chciałam tylko wsiąść i jechać. Coś mnie jednak tchnęło. Spojrzałam się prosto w jego oczy. Nie uciekł, wytrwale patrzył się także w moje. Trwało to chwilę. Nieznacznie przysunęłam się do niego i powiedziałam dobitnie dziękuję. Powoli odwróciłam się, weszłam na schodki do wejścia do środka autobusu, obróciłam się. Jedyne co zobaczyłam, to zamykające się drzwi. Sama zrobiłam to samo.

Rozdział i to nie w środku nocy? Postęp! Mam nadzieję, że się spodoba. Autorem piosenki jest James Bay, dzięki za inspirację. 
Peace out, Lizzy over.

ogarnij cztery litery

mam nadzieję, że  dobrze spędziliście święta i nowy rok. wracam, w sumie nikogo tu nie ma ale zrobię co mogę. trzymajcie się, miłego dnia kiedykolwiek to czytasz. Lizzy