majne pierwszy post, boje się aczkolwiek proszę bardzo:
'Nigdy nie umiem wpaść na okay tytuł, więc sobie daruje?'
Samotnie stoisz na rozwidleniu drogi, którą tu przybyłeś. Nazwa wsi jest tak pospolita, że nawet nie warta zapamiętania. Jedna latarnia rzuca słabą łunę, zastanawiasz się, jak dojdziesz w tej ciemnicy. Widzisz w oddali palący się światłem budynek, masz nadzieję, na karczmę lub dom miłych ludzi, którzy pozwolą Ci zostać na tą jedną noc. Idziesz, czujesz pod nogami chlupot wody. Grzmot rozchodzi się po całej okolicy, a przez chwilę błyska światło. Przyśpieszasz kroku, modląc się o dotarcie przed niechybnym deszczem. Mijają minuty, aż w końcu jesteś u celu. Na całe szczęście jest to karczma. Nazwa "Pod Trzylistną Koniczyną" jest mało zachęcająca i dość niespotykana, ale nie masz wyboru. Popychasz ciężkie drewniane drzwi i wchodzisz. Pomieszczenie jest przytulne, światło z kominka tworzy nastrój w porównaniu z drewnianymi surowymi ławami i puszystymi dywanami, ze skóry jakiegoś zwierzęcia. Przy jednej z ław siedzi czterech młodych chłopów, którzy popijają piwo i śmieją się. Jakaś rodzina z dwiema bliźniaczkami, jedzą kolację. Siadasz przy ścianie, blisko baru. Zdejmujesz kurtkę, odkładasz plecak. Dmuchasz na skostniałe z zimna ręce, rozmyślając nad rozgrzaniem ich przy kominku. Zza baru wyłania się najprawdopodobniej barmanka, trzyma szklankę i przeciera ją szmatką. Nie możesz oderwać od dziewczyny wzroku. Jest w niej coś niesamowitego, a nawet pozaziemskiego. Tak jak by nie pasowała do tego świata. Ma bladą jak pergamin skórę i włosy o biało-szarym odcieniu, które miała spięte w luźny kucyk, a grzywka co chwilę spadała jej na oczy. Bluzka którą nosi ma wycięte ramiona, na których można z daleka zauważyć blizny. Wyglądały jak pazury dzikiego zwierzęcia, niektóre były grubsze i ciemniejsze niektóre ledwo widoczne. Jej wyraźne mięśnie spinają się z każdym ruchem ręki, uwydatniając nie zaprzeczalnie silną figurę. Jest jedną z kobiet, której urody nie da się zaprzeczyć, duże usta, wręcz nieludzkie kości policzkowe i prosty nos. Nadal nie mogąc oderwać od niej wzroku, nie zauważyłeś nawet kelnerki, grubokościstej damy, idącej ku tobie. O jej istnieniu informuje Cię dopiero głośny i głuchy odgłos uderzenia. Wyrwany jak z transu spoglądasz na podłogę. Kobieta leży, nie dociera do ciebie co się wyprawiło przed chwilą. Ku zdziwieniu wszystkich i przerażeniu sióstr bliźniaczek, kelnerka wydaje z siebie donośne chrapnięcie. Szarowłosa macha głową w zrezygnowanym geście i rusza ku kelnerce. Zaczyna łapać ją w pasie, co nie idzie jej najłatwiej bo objętość kobiety, utrudnia sprawę. Zrywasz się jak oparzony i idziesz do szarowłosej. Jesteś już kilka kroków od niej kiedy dziewczyna podnosi wzrok i stajesz jak wmurowany. Jej oczy są zniewalające i nie jesteś pewny czy w dobry sposób. Nie, one cię przerażają. Jej tęczówki są odcieniu złotego-miodu, bardzo intensywnego w prównaniu z jej bladą skórą. Czujesz się jak opętany, wbity w ziemię przez jej spojrzenie. Najchętniej gołymi rękami wykopałbyś tunel w podłodze, wlazł i nigdy byś się nie wyczołgał.
-Pomożesz mi? - barwa jej głosu jest zaskakująco inna od zimnego wyglądu. Nawet przyjemna.
Opamiętujesz się i starając jak tylko możesz unikasz jej oczu, łapiąc jednocześnie nogi, nieszczęsnej kobiety. Podnosicie razem kelnerkę i wydajesz głębokie westchnienie. Dama, jest cięższa niż sądziłeś.
- Jak zwykle Gerdo, jak zwykle. - szepcze pod nosem dziewczyna.
Idziecie za bar, po czym popychacie ruchome drzwiczki do zaplecza. Kładziecie wspólnymi siłami Gerdę na łóżku.
Zanim zdążysz się wyprostować dziewczyna praktycznie warczy:
- A teraz wynoś się.
Nie zastanwiając się ani chwli dłużej wychodzisz z zaplecza, łapiesz kurtkę, plecak i wychodzisz w natychmiastowym tępie. Nie zwracasz uwagi na pogodę, na dobre rozpętaną burzę. Musisz się wydostać z tego budynku, nie zamierzasz dłużej być naokoło tej dziwnej istoty.
***
Szęśliwa, że to już koniec i wreszcie dostanie to na co od dawna czekała, Clara ruszyła kamienną uliczką przed siebie. Co chwilę poprawiała opadającą na oczy grzywkę, jednocześnie uświadamiając sobie, że miałą zająć się przycięciem jej tydzień temu. Gerda i ten dziwny chłopak wyprowadzili ją z równowagi. Naszczęście teraz zmiana Alfiego, niech on się z tym bałaganem użera. Opatuliła się ciaśniej płaszczem i zaczęła praktycznie biec z podekscytowania. Uchyliła okropnie skrzypiącą bramę, jak by ta próbowała ją ostrzec przed wchodzeniem. Kilka kroków i zauważyła na podłodze białą szmatkę, całą w czerwonych plamach. Były na niej wyszyte inicjały, M.R. Przerażona z odkrycia i podsycana złym przeczuciem zaczęła biec. W umówionym miejscu nie zauważyła nikogo. Mgła utrudniała jej widoczność, ale nie mogła się poddać. Usłyszała okropne kaszlnięcie, strach się pogłębił. Zrozpaczona kręciła naokoło głową, starając się stwierdzić źródło dźwięku. Wreszcie zobaczyła ciemną postać, siedzącą pod płotem. Pobiegła ile sił w nogach, widok zaszokował ją bardziej niż cokolwiek, co dotąd w życiu widziała. To był Michael. Jej silny Michael. Wyglądał jak kukła, wypruta z sił i życia ludzka kukła.
-Och nie.. - wyszeptała rzucając się na kolana i biorąc go w ramiona. - Och błagam nieeeeeee... - zawodziła.
Jej bratnia dusza otworzyła oczy. Z tych oczu, dla których potrafiła iść w ogień wydzierał się ból i rozpacz, zniknęły iskierki radości, które tak kochała. Kiedyś tak piękne błękitne oczy, stały się mieszaniną smutnego błękitu i czerwnieni, od popękanych naczynek ledwo widać było biel, tą biel którą tak kochała. Był nawet bledszy od niej, ale jego skóra miała szarawy odcień. Trzymał w smukłych dłoniach chustkę, niegdyś białą, teraz w czerwonych śladach krwi. Z przerażeniem domyśliła się, że to jego krew. Na ustach osiadły się pojedyńcze kropelki. Przez chwilę jej oczy napełniły się łzami ale odgarnęła je wierzchem dłoni, zaciskając usta. Ręka jej anioła powędrowała ku jej włosom, ostrożnie dotykając ich i gładząc. Kaszlnął, plując na siebie krwią. Posłał jej krzywy uśmiech.
- Co się stało? - spytała słabym głosem. Miała ochotę dodać: Z OBROŃCĄ MOJEGO ŻYCIA , ale nie mogła dokładać mu bólu.
- Umieram, Claro. Moje płuca gniją.
Nie wierzyła w to. To się nie działo.
- Nasze motto, moja miłościo. To nas naprawdę zniszczyło.
- Nie da się nas złamać. - wyszeptała.
- Próżność to zaprawdę klątwa. - wybełkotał otumaniony.
Wydawało się jej, że to koniec.
Nagle otworzył szeroko oczy i prawie krzyknął:
- Nie daj się złamać.
Po czym odszedł. Nie czuła już bicia jego serca, nie słyszała oddechu.
Poczyliła się nad ciałem i rzewnie zapłakała.
-Ale ja cię kochałam. - zawyła w agonii, poddając się własnym demonom.
Peace out, Lizzy over.
Dwie Brukselki dodają tu swoje opowiadania. Możesz poczytać jeśli chcesz, albo nie. Your choice. Niektóre z nich mogą wydawać się mocno skopane (nie przejmuj się, otrzymujemy już odpowiednią pomoc). W gruncie rzeczy posiadanie takiego miejsca w otchłani internetu jest bardzo przyjemne. Polecamy. Jeśli jakimś cudem tu trafiłeś i dotarłeś do tego fragmentu opisu, to możesz też przejrzeć resztę szitu, który zdążyłyśmy wstawić. Nikt się nie obrazi, a może Ci się spodobać. Trzymaj się, Hagridzie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ekstra <33
OdpowiedzUsuńdziękuję kotku <3
UsuńKooocham<3
OdpowiedzUsuń~Najwierniejsza fanka
Talent *.*
OdpowiedzUsuń