Rozdział 5
Usłyszałam skrzypienie furtki, nie miałam
ochoty na towarzystwo. Wstałam jednak, prostując się i starając się wyglądać,
jak bym miała tu być. Otarłam twarz, za późno orientując się, że mam dłonie w
błocie. Wyglądałam zapewne, jakbym przeorała całe pole.
-A ty co wyprawiasz?
-spytał rosły mężczyzna. Miał łysą głowę, kwadratową szczękę, bliznę ciągnącą
się przez lewą brew i ciemne ciepłe oczy. Jakoś mi przypadł do gustu, mimo
lekko przerażającej budowy wydawał się być równym gościem.
-Ćwiczę sztukę
kamuflażu.
Podniósł brwi i
przekrzywił śmiesznie brwi.
-W plantacji
pomidorków?
Rozejrzałam się.
Faktycznie, naokoło rosły duże czerwone pomidory.
-No może
niekoniecznie. - podniosłam ramiona
Miał zacięty wyraz
twarzy. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, sama nie wiem czemu. Lubiłam to,
swobodny uśmiech. Przybrał jeszcze poważniejszą minę, więc poczułam się z lekka
głupio. Stoisz umorusana w ziemi i szczerzysz
się do niego. Na pewno zostanie twoim najlepszym przyjacielem.
Nadal byłam
zażenowana, ale on zaczął się śmiać! To był taki niesamowity dźwięk, że
wpatrywałam się w niego jak w obraz.
-Co ty się tak na
mnie patrzysz? - wydusił pomiędzy atakami wesołości
-Masz niesamowity
śmiech. - objaśniłam mu.
Chyba się trochę
zawstydził, jego policzki poczerwieniały, ale nadal się śmiał. W końcu i ja do
niego dołączyłam, mimo mojej słabej pozycji. Uspokoił się trochę i popatrzył na
mnie.
-Chodź tu świrku,
zanim je całkowicie stratujesz.
Starałam się stąpać
tak, aby niczego nie zniszczyć i prawie wyszłam na brukową ścieżkę, kiedy
potknęłam się o kabel. Tracąc panowanie, poleciałam do przodu i prawie bym
upadła, gdyby nie szkolenie. Zrobiłam to co mnie nauczyli, z niesamowitą
prędkością odzyskałam równowagę i stanęłam na baczność. Gdybym była normalna,
ręce mojego towarzysza leżałyby na mojej talii, trzymając mnie i zapobiegając
upadkowi. On jednak patrzył się na mnie, zaciskając nieporadnie ręce w
powietrzu. Nie zamierzałam o tym z nim rozmawiać.
-Co kabel wyprawia
na plantacji?
-On jest od
podlewania.
-O, świetnie.
Zlustrował mnie
wzrokiem. Niesamowicie mnie to wpieprzało, wszyscy tu gapili się jak by chcieli
zajrzeć co mam we łbie. Musiał zauważyć mój zmieniony nastrój, bo przestał się
patrzeć.
-Chodź, zaprowadzę
Cię do Blythe.
-Skąd wiesz, że masz
mnie do niej poprowadzić?
Zmieszał się trochę,
ale odrobinę. Nadrobił to szorstkim tonem, rzucając tylko "po prostu
wiem".
Czułam się jak
otumaniona. Nic nie jadłam od wieków, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie
pogardziłabym też odrobiną snu bez dodatku narkusa.
Szłam wyprostowana
jak struna, ale słabo szło mi z nie robieniem miny, byłam strasznie głodna, a
brzuch wydawał się jak studnia.
-No już nie miej
takiej miny, Blythe odprowadzi Cię na kolację.
-Kolację? - byłam
zdekoncentrowana.
-Co ty, nie widzisz?
Słońce zachodzi, prawie siódma.
Faktycznie, słońce
zachodziło, ale co to do diaska mi miało mówić? Potrząsnęłam głową i dalej
szłam ze spojrzeniem wbitym w ziemię.
Doszliśmy do
budynku, który miała nad drzwiami napis "jadłodajnia"
-Co to znaczy?
-spytałam ciekawa.
-No, stołówka, tam
się je. Dawkins jest zwolennikiem starych nazw.
Zobaczyłam idącą
Blythe, z torbą w ręce. Kiedy mnie zobaczyła, zaczęła się śmiać. Jadłodajnia
przypomniała mi znowu jaka inna jestem, więc powiedziałam prosto, żeby się ze
mnie nie śmiała. Za późno się zorientowałam, że użyłam ostrego tonu co z kolei
zdziwiło a nawet przestraszyło Blythe. To zabawne, ile rzeczy można się
dowiedzieć z oczu normalnego człowieka.
Nadal zbita z tropu,
podała mi torbę. Weszłyśmy do budynku i poprowadziła mnie do wahadłowych drzwi,
oznaczonych znakiem kółka. Były to łazienki, nawet z prysznicem. Nadal nic nie
mówiła, ale nie przeszkadzało mi to. Nie chciałam z nią rozmawiać, w ogóle z
nikim.
W spokoju się
umyłam, zmyłam błoto, ziemię i cały syf. Wytarłam się, ubrałam co mi przyniosła
Blythe. Miły biały t-shirt, ciepłą szarą bluzę i czarne materiałowe ciepłe
spodnie. W torbie było o wiele więcej rzeczy, ale wzięłam te z brzegu. Nie było
tu żadnych butów, na szczęście kiedy wyszłam z kabiny zobaczyłam te same buty
co miałam je cały dzień, ale wyczyszczone i błyszczące. Po Blythe nie było
śladu. Na szybie była karteczka z moim imieniem i krótką informacją, żebym
zjadła a ona przyjdzie za dwadzieścia minut. Zgniotłam kartkę i wrzuciłam do
kosza pod umywalką. Przeczesałam włosy. Chciałabym
je obciąć.
Zarzuciłam torbę na
ramię i wyszłam. Zobaczyłam chudą dziewczynę o szaroniebieskich włosach i
wypranych z emocji oczach, w małym stopniu przypominały moje.
-Dam Ci jeść. -
powiedziała głosem dobitnym.
Była na mój gust
trochę dziwna i ekscentryczna, ale wzbudzała pewnego rodzaju sympatię.
Zaprowadził mnie do dużego pomieszczenia z wieloma stołami. Było pusto, dzięki
bogu.
-Jest za wcześnie na
kolację, ale Dawkins przypuścił, że pewnie chcesz jeść sama.
Uniosłam brwi w
zdziwieniu, skąd mógł to wiedzieć? Wzruszyłam ramionami i dalej szłyśmy.
Usadziła mnie w kącie.
-Przyniosę Ci
posiłek, nie uciekaj.
Jestem aż tak dzika w ich mniemaniu?
Nie zajęło jej to
więcej niż dwadzieścia sekund, żeby wrócić z tacą przepełnioną jedzeniem.
Postawiła wszystko przede mną, zupę, makaron z sosem, jakieś mięso, duży dzban
herbaty i małe ciastko, w przedziwnym kształcie. W dodatku z kieszeni fartucha
wyjęła małą prostokątną rzecz. Książka.
Wysłałam jej pytające spojrzenie, ale ona tylko puściła mi oko i odeszła. Harry Potter?
Zaczęłam jeść,
wszystko powoli. Było niesamowicie dobre, moje kubki smakowe doznawały
eksplozji. Popijałam wszystko co chwila herbatą, gorącą, ale taką lubiłam
najbardziej, zjadłam wszystko w ledwo dziesięć minut. Sięgnęłam na koniec po to
dziwne ciastko. Ugryzłam kawałek, ze
zdziwieniem poczułam coś, co zdecydowanie nie powinno tu być! Papier? Co do cholery? Rozwinęłam karteczkę.
Było tam siedem wyrazów, układających się w pytanie. Co można złamać, nie trzymając tego w rękach?
Zasępiłam się, nic nie rozumiałam. Odłożyłam na talerz dziwną kartkę, nie mając
już ochoty na ciastko. Teraz, mając jeszcze sporo czasu, mogłabym poczytać,
albo zbadać drabinkę na drugim końcu sali. Stąpałam ostrożnie, nie powodując
żadnego hałasu. Wspięłam się cicho, po czym otworzyłam ciężką klapę. Wydostałam
się na zewnątrz, zimne powietrze chlastało mnie po twarzy. Byłam na dachu…
Zapadł już zmrok. Znajdowałam się na wielkim obszarze, budynek był na
obrzeżach, więc widziałam wszystko jak na dłoni. Zachłysnęłam się z emocji,
lodowate powietrze wdarło się do moich płuc. Doszłam do samego krańca.
Rozłożyłam ramiona i otworzyłam szeroko oczy.
W tamtej chwili, właśnie stojąc krok od śmierci z mojego wyboru, rozkładając
ramiona i czując powietrze, zrozumiałam, że jestem wolna. Zapragnęłam pobiec,
daleko, ale nie było możliwości. Pozostało mi jedno. Wydałam z siebie
niekontrolowany, ogłuszający wrzask szczęścia. Darłam się, póki nie straciłam
głosu. Stałam tak, uśmiechając się. Usłyszałam odgłos za sobą, mimo
świszczącego wiatru. Odwróciłam się na pięcie, stali tam Blythe, Szarowłosa,
Ryan, dwóch rosłych mężczyzn, pilnujących wcześniej drzwi profesora i ten,
którego imienia jeszcze nie poznałam. Mieli przerażone miny i wiem co chodziło
im po głowach.
-Jestem
nowo narodzona. - Powiedziałam, jak by to była najnormalniejsza rzecz na
świecie. Wypowiadając te słowa, na dobre zdałam sobie sprawę, że tak jest i
byłam pewna, że nikomu swojej wolności nie oddam.
5 rozdział.... autorem piosenki jest Son Lux.
Peace Out, Lizzy over