piątek, 18 grudnia 2015

Cz. 5 Can't find my home

Brukselki!
Kolejna część.
Nie wkurzajcie się za wulgaryzmy pls.
Felus & Łucja
To był wyjątkowo mglisty dzień. Aidenblair często otulała mgła, praktycznie wpisując się w jej równinny krajobraz. Wiatr milczał w przeciwieństwie do ptaków, które budowały nowe gniazda, po powrocie z cieplejszych krain. Ich świergot był przeszywający i bardzo głośny. Jeden z nich przysiadł na pałacowym oknie i zaczął rytmicznie stukać w kolorową szybę. Łucja rzuciła ku niemu mordercze spojrzenie. Nie miała teraz na to czasu. Podeszła do okna i zbyt zdecydowanym ruchem zaciągnęła zasłonę. Jej pokój wypełniał półmrok, przecinany przez smugę mdłego światła.
Czas by wyruszać. Wzięła swoją płócienną torbę i pospiesznie wyszła z komnaty. Miała oficjalny zakaz spotykania się z Felusem, ale nawet nie zakładała możliwości stosowania się do niego. Przeszła koło popiersia jakiegoś dowódcy, który ponoć był jej wujem; skręciła w prawo i w lewo koło Sali portretów, ostatnia prosta. Usłyszała za sobą ciężkie dudniące kroki. Po jej plecach przeszedł dreszcz. Jęknęła bezgłośne, bo wiedziała czyje to kroki. Odwróciła się szybko na pięcie i wepchnęła torbę, za jakieś nienaturalnie wielkie popiersie.
-O tu jesteś!- rzekł jej ojciec, podchodząc bliżej- co robisz?- zapytał euforycznym głosem, bo wiedział, że zbliża się wojna
- Przeglądam oferty matrymonialne- odparła wskazując na posąg- Alfons II wydaje się być słodziutki- sarkazm był jej jedyną bronią.
Ojciec spiorunował ją wzrokiem.
-Kłamiesz- rzekł bez cienia wątpliwości.
-Jasne, że tak. Na tym polega ironia- odparła.
-Znów będziesz się gdzieś szwendać!- przeszedł do swojej ulubionej części- córce kanclerza nie przystoi spotykać się z tymi plebejskimi obdartusami!- jego głos grzmiał, przez nawarstwiające się echo.
Nie mogła już tego znieść. Chyba nadszedł czas.
-Nienawidzę cię- po raz pierwszy powiedziała to głośno.
-Nie wiesz, co mówisz, gówniaro- parskną swoim altowym śmiechem.
-Doskonale wiem, co mówię, ojcze- oddychała głęboko- jesteś złym człowiekiem. Agresywną, bezwzględną, pełną pierwotnych lęków niepotrafiącą kochać istotą- akcentowała każdą sylabę, chcąc zachować spokojny ton.
Na chwilę jakby go zatkało, a później znów parsknął śmiechem.
-Uważaj na słowa, niewdzięczna dziwko- odparł nie tracąc swej wesołości.
To określenie już dawno przestało wywoływać u niej jakiekolwiek emocje.
-Nie potrzebuję ojca, który nie jest już dla mnie żadnym autorytetem- kontynuowała- Nie chcę być taka jak ty. To byłaby moją największa porażka- „ciężko jest powstrzymać prawdę, gdy już wychodzi na jaw”- myślała, wciąż skupiając się na swoich słowach.
-Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do swojego ojca! Czas by ktoś nauczył cię odrobiny szacunku!- był purpurowy jak gerber widniejący na chorągwi Aidanblair.
Podniósł otwartą dłoń. Łucja instynktownie umknęła przed ciosem i parsknęła żałośnie w duchu. Ojciec wyglądał na zawiedzionego.
-Nie zamierzam tu wracać, jeżeli jeszcze raz mnie dotkniesz- krzyknęła- Wszystko, czym próbowałeś mnie nafaszerować przez te wszystkie lata straciło jakikolwiek sens- jej głos powoli łamał się pod ciężarem tej sytuacji.
-Wiedziałem to, odkąd zaczęłaś się puszczać z tym gnojkiem!- krzyknął- Do niego się wybierasz tak?
-Tak- jej głos zmienił się w skrzek- nie spodziewaj się mnie z powrotem- dodała wyrównując oddech.

Znów prychnął lekceważąco, a Łucja sięgnęła po torbę i wybiegła przez frontowe drzwi.
Carry on  Moose

środa, 16 grudnia 2015

~`5 :Lost It to Trying - Paper Towns Mix:


Rozdział 5

 Usłyszałam skrzypienie furtki, nie miałam ochoty na towarzystwo. Wstałam jednak, prostując się i starając się wyglądać, jak bym miała tu być. Otarłam twarz, za późno orientując się, że mam dłonie w błocie. Wyglądałam zapewne, jakbym przeorała całe pole.

-A ty co wyprawiasz? -spytał rosły mężczyzna. Miał łysą głowę, kwadratową szczękę, bliznę ciągnącą się przez lewą brew i ciemne ciepłe oczy. Jakoś mi przypadł do gustu, mimo lekko przerażającej budowy wydawał się być równym gościem.

-Ćwiczę sztukę kamuflażu.

Podniósł brwi i przekrzywił śmiesznie brwi.

-W plantacji pomidorków?

Rozejrzałam się. Faktycznie, naokoło rosły duże czerwone pomidory.

-No może niekoniecznie. - podniosłam ramiona

Miał zacięty wyraz twarzy. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, sama nie wiem czemu. Lubiłam to, swobodny uśmiech. Przybrał jeszcze poważniejszą minę, więc poczułam się z lekka głupio. Stoisz umorusana w ziemi i szczerzysz się do niego. Na pewno zostanie twoim najlepszym przyjacielem.

Nadal byłam zażenowana, ale on zaczął się śmiać! To był taki niesamowity dźwięk, że wpatrywałam się w niego jak w obraz.

-Co ty się tak na mnie patrzysz? - wydusił pomiędzy atakami wesołości

-Masz niesamowity śmiech. - objaśniłam mu.

Chyba się trochę zawstydził, jego policzki poczerwieniały, ale nadal się śmiał. W końcu i ja do niego dołączyłam, mimo mojej słabej pozycji. Uspokoił się trochę i popatrzył na mnie.

-Chodź tu świrku, zanim je całkowicie stratujesz.

Starałam się stąpać tak, aby niczego nie zniszczyć i prawie wyszłam na brukową ścieżkę, kiedy potknęłam się o kabel. Tracąc panowanie, poleciałam do przodu i prawie bym upadła, gdyby nie szkolenie. Zrobiłam to co mnie nauczyli, z niesamowitą prędkością odzyskałam równowagę i stanęłam na baczność. Gdybym była normalna, ręce mojego towarzysza leżałyby na mojej talii, trzymając mnie i zapobiegając upadkowi. On jednak patrzył się na mnie, zaciskając nieporadnie ręce w powietrzu. Nie zamierzałam o tym z nim rozmawiać.

-Co kabel wyprawia na plantacji?

-On jest od podlewania.

-O, świetnie.

Zlustrował mnie wzrokiem. Niesamowicie mnie to wpieprzało, wszyscy tu gapili się jak by chcieli zajrzeć co mam we łbie. Musiał zauważyć mój zmieniony nastrój, bo przestał się patrzeć.

-Chodź, zaprowadzę Cię do Blythe.

-Skąd wiesz, że masz mnie do niej  poprowadzić?

Zmieszał się trochę, ale odrobinę. Nadrobił to szorstkim tonem, rzucając tylko "po prostu wiem".

Czułam się jak otumaniona. Nic nie jadłam od wieków, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie pogardziłabym też odrobiną snu bez dodatku narkusa.

Szłam wyprostowana jak struna, ale słabo szło mi z nie robieniem miny, byłam strasznie głodna, a brzuch wydawał się jak studnia.

-No już nie miej takiej miny, Blythe odprowadzi Cię na kolację.

-Kolację? - byłam zdekoncentrowana.

-Co ty, nie widzisz? Słońce zachodzi, prawie siódma.

Faktycznie, słońce zachodziło, ale co to do diaska mi miało mówić? Potrząsnęłam głową i dalej szłam ze spojrzeniem wbitym w ziemię.

Doszliśmy do budynku, który miała nad drzwiami napis "jadłodajnia"

-Co to znaczy? -spytałam ciekawa.

-No, stołówka, tam się je. Dawkins jest zwolennikiem starych nazw.

Zobaczyłam idącą Blythe, z torbą w ręce. Kiedy mnie zobaczyła, zaczęła się śmiać. Jadłodajnia przypomniała mi znowu jaka inna jestem, więc powiedziałam prosto, żeby się ze mnie nie śmiała. Za późno się zorientowałam, że użyłam ostrego tonu co z kolei zdziwiło a nawet przestraszyło Blythe. To zabawne, ile rzeczy można się dowiedzieć z oczu normalnego człowieka.

Nadal zbita z tropu, podała mi torbę. Weszłyśmy do budynku i poprowadziła mnie do wahadłowych drzwi, oznaczonych znakiem kółka. Były to łazienki, nawet z prysznicem. Nadal nic nie mówiła, ale nie przeszkadzało mi to. Nie chciałam z nią rozmawiać, w ogóle z nikim.

W spokoju się umyłam, zmyłam błoto, ziemię i cały syf. Wytarłam się, ubrałam co mi przyniosła Blythe. Miły biały t-shirt, ciepłą szarą bluzę i czarne materiałowe ciepłe spodnie. W torbie było o wiele więcej rzeczy, ale wzięłam te z brzegu. Nie było tu żadnych butów, na szczęście kiedy wyszłam z kabiny zobaczyłam te same buty co miałam je cały dzień, ale wyczyszczone i błyszczące. Po Blythe nie było śladu. Na szybie była karteczka z moim imieniem i krótką informacją, żebym zjadła a ona przyjdzie za dwadzieścia minut. Zgniotłam kartkę i wrzuciłam do kosza pod umywalką. Przeczesałam włosy. Chciałabym je obciąć.

Zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam. Zobaczyłam chudą dziewczynę o szaroniebieskich włosach i wypranych z emocji oczach, w małym stopniu przypominały moje.

-Dam Ci jeść. - powiedziała głosem dobitnym.

Była na mój gust trochę dziwna i ekscentryczna, ale wzbudzała pewnego rodzaju sympatię. Zaprowadził mnie do dużego pomieszczenia z wieloma stołami. Było pusto, dzięki bogu.

-Jest za wcześnie na kolację, ale Dawkins przypuścił, że pewnie chcesz jeść sama.

Uniosłam brwi w zdziwieniu, skąd mógł to wiedzieć? Wzruszyłam ramionami i dalej szłyśmy. Usadziła mnie w kącie.

-Przyniosę Ci posiłek, nie uciekaj.

Jestem aż tak dzika w ich mniemaniu?

Nie zajęło jej to więcej niż dwadzieścia sekund, żeby wrócić z tacą przepełnioną jedzeniem. Postawiła wszystko przede mną, zupę, makaron z sosem, jakieś mięso, duży dzban herbaty i małe ciastko, w przedziwnym kształcie. W dodatku z kieszeni fartucha wyjęła małą prostokątną rzecz. Książka. Wysłałam jej pytające spojrzenie, ale ona tylko puściła mi oko i odeszła. Harry Potter?

Zaczęłam jeść, wszystko powoli. Było niesamowicie dobre, moje kubki smakowe doznawały eksplozji. Popijałam wszystko co chwila herbatą, gorącą, ale taką lubiłam najbardziej, zjadłam wszystko w ledwo dziesięć minut. Sięgnęłam na koniec po to dziwne ciastko. Ugryzłam  kawałek, ze zdziwieniem poczułam coś, co zdecydowanie nie powinno tu być! Papier? Co do cholery? Rozwinęłam karteczkę. Było tam siedem wyrazów, układających się w pytanie. Co można złamać, nie trzymając tego w rękach? Zasępiłam się, nic nie rozumiałam. Odłożyłam na talerz dziwną kartkę, nie mając już ochoty na ciastko. Teraz, mając jeszcze sporo czasu, mogłabym poczytać, albo zbadać drabinkę na drugim końcu sali. Stąpałam ostrożnie, nie powodując żadnego hałasu. Wspięłam się cicho, po czym otworzyłam ciężką klapę. Wydostałam się na zewnątrz, zimne powietrze chlastało mnie po twarzy. Byłam na dachu… Zapadł już zmrok. Znajdowałam się na wielkim obszarze, budynek był na obrzeżach, więc widziałam wszystko jak na dłoni. Zachłysnęłam się z emocji, lodowate powietrze wdarło się do moich płuc. Doszłam do samego krańca. Rozłożyłam ramiona i otworzyłam szeroko oczy.  W tamtej chwili, właśnie stojąc krok od śmierci z mojego wyboru, rozkładając ramiona i czując powietrze, zrozumiałam, że jestem wolna. Zapragnęłam pobiec, daleko, ale nie było możliwości. Pozostało mi jedno. Wydałam z siebie niekontrolowany, ogłuszający wrzask szczęścia. Darłam się, póki nie straciłam głosu. Stałam tak, uśmiechając się. Usłyszałam odgłos za sobą, mimo świszczącego wiatru. Odwróciłam się na pięcie, stali tam Blythe, Szarowłosa, Ryan, dwóch rosłych mężczyzn, pilnujących wcześniej drzwi profesora i ten, którego imienia jeszcze nie poznałam. Mieli przerażone miny i wiem co chodziło im po głowach.

-Jestem nowo narodzona. - Powiedziałam, jak by to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Wypowiadając te słowa, na dobre zdałam sobie sprawę, że tak jest i byłam pewna, że nikomu swojej wolności nie oddam.

5 rozdział.... autorem piosenki jest Son Lux.
Peace Out, Lizzy over

sobota, 12 grudnia 2015

~`4 :I'm a Ruin:

Rozdział 4

Szłam z nim ramię w ramię po schodach i czułam jego baczny wzrok na sobie. Trochę mnie to frustrowało, ale co mogłam zrobić. Kiedy wreszcie weszliśmy na górę, marmurowe schody okazały się nie być końcem luksusów. Wiedziałam jak wygląda marmur, w gabinecie Ojca podłoga była marmurowa, raz czy dwa się tym chwalił. Białe pomieszczenie, dwie czerwone pufy, drogocenne wazy. Dwóch mężczyzn w czarnych garniturach stało przy białych drzwiach. Na nasz widok jednocześnie sięgnęli do klamek i otworzyli przed nami drzwi. Weszliśmy do pomieszczenia z kwiatową tapetą, ciemną podłogą, jednym wielkim biurkiem, za którymi stał regał na całą ścianę i był wypełniony książkami. Po prawej stronie było duże okno a na przeciwnej ścianie jakiś fikuśny kolorowy obraz, pod którym stała kremowa pufa. Na przeciwko biurka stało krzesło w białym kolorze. Za biurkiem siedział mężczyzna. Pasował do tego pomieszczenia. Miał gładko ułożone włosy, duże okulary, sprytne oczka i specyficzny wygląd, który ani nie zachęcał ani nie odrzucał. Zostawiłam sobie osąd na później.

-Mave Silvers. -powiedział zachrypniętym tonem. -Usiądź, proszę. -gestem dłoni wskazał na krzesło.

Usiadłam automatycznie się prostując.

-Ryan będzie nam towarzyszył, jeśli to nie problem, jest kimś w rodzaju mojego asystenta, można mu ufać. -po czym posłał mu pobłażliwy uśmiech.

Obydwaj skierowali na mnie spojrzenia i zorientowałam się, że oczekują ode mnie odpowiedzi.

-Skoro pan tak mówi.

Byli trochę zbici z tropu moją odpowiedzią, ale starszy zaczął mówić.

-Młoda damo, mam na imię profesor Igor Dawkins. Prowadzę sprawę pozbycia się Aetery, a ty jako pierwsza uczestniczka jego programu… cóż twoja pomoc jest nieoceniona.

-W jaki sposób? -spytałam, czując brzęczyk w klatce piersiowej.

-Działania… cóż jest jedno najważniejsze.

-Jakie? -powoli traciłam kontrolę i wpadałam w złość.

-Będzie stety lub niestety, zależy od punktu widzenia wymagane zeznawanie w sądzie, na rzecz działań Aetery.

Zaczęłam analizować sytuację.

-Brzmi jak wciąganie mnie w kolejne bagno. -powiedziałam wyraźnie i dobitnie.

W pokoju zrobiło się cicho. Oboje na mnie patrzyli. Nagle profesor wybuchnął śmiechem. Głośny odgłos przestraszył Ryana, który podskoczył na krześle. Nie mogąc się powstrzymać dołączyłam do profesora, nie wiedząc z czego się właściwie śmieje. Jak dobrze było to zrobić, chichrać bez opamiętania.

Profesor otarł oczy z łez śmiechu.

-To było genialne, ma pani tupet. - wydusił. -Mam do pani właściwie dwa pytania. - spoważniał.

Spoważniałam z nim, nadal mając lekkość ducha.

-Chcąc nie chcąc muszę to powiedzieć. Była tam pani jako pierwsza, wszyscy tu obecni wiemy ile  czasu. Jak to wpływało na pani reputację i innych osobników stosunek do pani? - poprawił okulary.

Zaczęłam mówić, lekkim tonem.

-Chodziły o mnie legendy. - parsknęłam śmiechem na te słowa. - Ludzie uważali, że kilka razy się wydostałam, miałam romanse ze strażnikami, byłam szpiegiem, decydowałam kto przeżyje…. Każdy nowy "osobnik" jak to pan powiedział to była nowa plotka.

Profesor zanotował kilka słów zadając mi jednocześnie pytanie:

-A jak było naprawdę?

-O 180 stopni inaczej, prze pana. Postępowałam najpospoliciej jak tylko mogłam, prawie wcale się  nie odzywałam. Złotym środkiem, żeby tam przetrwać była pokora. Często zdarzały się ostre temperamenty, które był gaszone ekstra porcją tortur. Najczęściej nagrywali lub nawet na żywo puszczali efekty dźwiękowe, tak na przestrogę. Jak trafiło się kilka takich ewenementów puszczali bite dwadzieścia cztery godziny, w nocy też. Prawie nikt nie mógł spać z tym, nie umieli się wyłączyć. Każdy kto na następny dzień był słaby, brakło mu sił dostawał w kość.

Teraz to już kompletnie spoważnieli. Ja też zresztą.

-Zdarzały się przypadki śmiertelne?

-Wstrząsowy John.

Miny mieli zdezorientowane, przecież nie znali tej historii, pospieszyłam z wyjaśnieniami.

-John był najmocniejszy w gębie. Często powodował wybuchy, wrzeszczał na wszystko. Miał chyba trochę pierdolca. Raz wzięli go na trzygodzinne elektro wstrząsy. Szczęściarz miał słaby organizm, wlepili mu za dużą moc i padł po godzinie. Nigdy w życiu nie powtórzyli tego błędu, a za swoją nie uwagę ukarali nas zbiorową głodówką. Każdy jednak Wstrząsowemy Johnemu zazdrościł i był w pewnym sensie naszym idolem. Oczywiście kilku próbowało jak cholera powtórzyć jego występ, nigdy w życiu się nie odezwali więcej. Nikt nie wiedział czemu, języków nie ucięli bo nie mogli robić sobie inwalidów. Po każdym były inne teorie, ja uważam, że - przerwałam w pół słowa. -No, pewnie coś im tam zrobili. - dopowiedziałam szybko, zbyt szybko.

Unieśli brwi i wymienili spojrzenia.

-A miałaś tam kogoś specjalnego? - pierwszy raz odezwał się Ryan

Zacisnęłam ręce na krześle zaklinając łzy. Udało mi się cofnąć gule w gardle i wychrypiałam:

-Rowland.

-Rowland? - w jego ustach imię brzmiało inaczej, nie tak jak powinno.

-Był mi najbliższy. - powiedziałam to beznamiętnie.



Kiedy tylko się pojawił odłączył się od innych i dosiadł do mnie. Był pierwszy co się odważył, to była era mojego zrycia psychicznego, jak to wszyscy szeptali po kątach. Po prostu usiadł, patrząc się. Od tego momentu zawsze był blisko mnie, kręcił się jak anioł stróż, a nawet warczał na tych co mnie obrażali. Nie dał mi wyboru, po dwóch tygodniach się do niego otworzyłam. Miałam trzynaście, prawie czternaście lat wtedy. - bardziej sobie to przypomniałam. - Rozumiał mnie, chłonął każde moje słowo i nastrój. Często wystarczyło mi wymienienie z nim spojrzenia, żeby czuć się jak człowiek. Byliśmy jak symbioza, jedno dawało drugiemu siłę. Kochałam go całym sercem. Myślałam, że daje mu siłę w równej mierze jak ja mu. Ale nie, ja byłam innym źródłem, źródłem informacji. Nie posądziłabym go w życiu o złe zamiary, miał takie dobre oczy, w moim mniemaniu czystą duszę. Pewnej nocy obudziłam się w którymś z szybów wentylacyjnych. Patrzyły na mnie jego oczy ale nie było śladu po jego dobrości. Kopniakiem zrzucił mnie z szybu i wylądowałam w gabinecie Ojca. Zeskoczył i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić złapał mnie z całej siły za głowę ramieniem. Rzucił na ścianę po czym zaczął dusić. Te ręce, które moim zdaniem nie skrzywdziłyby muchy oplotły moje gardło, odcinając mnie skutecznie od tlenu. Starałam się spojrzeć w jego oczy, ale unikał ich jak ognia. Upewnił się, że nie jestem w stanie nic zrobić, byłam na skraju. Uderzył mnie w twarz, miałam zostać przytomna. Do gabinetu wszedł Ojciec w samej swojej osobie. Kiedy zobaczył tą scenę nie mógł wyjść ze zdumienia. Rowland znowu objął moją głowę ramieniem, nic już nie widziałam. Wrzasnął, wypuścicie mnie a ją oszczędzę jest najcenniejsza do kurwy, wiem, że bez niej nic nie zrobicie. Odgłos ogłuszył mnie kompletnie, myślałam że straciłam słuch. Ciepła ciecz rozprysnęła się na mojej twarzy. Nadal lekko otumaniona, poczułam jak ramię Rowlanda zwalnia i coś koło mnie padło. Otarłam oczy i zobaczyłam że to ciało Rowlanda. Strzelili mu w głowę. Rycząc złapałam jego martwą rękę. Dusiłam się łzami i jego krwią. Nie docierało do mnie co mi zrobił, a nawet teraz kiedy wszystko rozumiem, jest to dla mnie najgorsze co mi zrobili. Czułam się jak by wyrwali mi drugie płuco, pół serca a nawet drugą półkulę mózgu. Dostałam zastrzyk w udo ale nadal płakałam i darłam się wyrażając mój ból. Odpływałam w świadomości, trawiona żywym ogniem, który palił całe moje ciało. Obudziłam się, a koło łóżka stał Ojciec. Nic nie mówił, tylko patrzył. Zrozumiałam jasno jak mam się zachowywać i co mnie czeka, jeśli postanowię inaczej.



Zakończyłam moją historię, odchrząknięciem znowu próbując cofnąć gulę w gardle. Kolejny raz tylko się na mnie patrzyli nic nie mówiąc.

-Naprawdę.. - profesor chyba starał się powiedzieć coś mądrego ale nic mu nie przyszło na myśl.

Zaraz się rozkleję. Trochę odcięta od rzeczywistości poprosiłam o pozwolenie na wyjście. Nie dosłyszałam co powiedzieli, wyszłam. Biegłam ile sił w nogach przez cały ośrodek, zderzałam się z ludźmi nie zwracając uwagi na nikogo. W połowie drogi ryczałam już na dobre. Dobiegłam i zobaczyłam jakiś zauek. Przeskoczyłam przez furtkę i wbiegłam do ogrodu. Wcisnęłam się w kąt ogrodzenia, brudząc siebie ziemią, ale miałam to głęboko w nosie. Płakałam jak opętana, pierwszy raz komuś tą historię opowiedziałam. Miałam szczerą nadzieję, że będzie mi lżej ale było tylko gorzej. Moje serce znowu piekło jak żywa rana, widocznie nie dane było zagojenie się jej. Straciłam poczucie czasu. Po minutach, godzinach straciłam pokłady łez. Siedziałam wyciszając się i nasłuchując odgłosów ptaków, szumiących drzew, natury. Obserwowałam wszystko, jak za pierwszym razem z fascynacją i uniesieniem. Wyobraziłam sobie, że Rowland siedzi sobie koło mnie i trzyma mnie za rękę. Siedzimy cichutko, nic nie mówiąc tylko słuchając swoich oddechów, nawzajem tak sobie potrzebnych. Zrobiło mi się trochę raźniej jak tak sobie pomyślałam. Czy jestem normalna?

jest mi bardzo przykro, że nie dodawałam tak długo.
nie miałam weny ani w ogóle niczego i mimo, że nikt tego bloga nie czyta czuję, żę nawaliłam. proszę bardzo, 4 rozdział. ściskam mocno tych co to przeczytają i gratuluję,
Peace out, Lizzy over. 

czwartek, 3 grudnia 2015

~`3 :Broken Crown:


Rozdział 3
Musiało minąć kilkanaście minut, żebym się trochę uspokoiła. Rzadko kiedy płakałam, było to dla mojej osoby niespotykane. Podniosłam się z ziemi i spojrzałam w lustro. Byłam czerwona, więc postanowiłam zostawić przyglądanie się sobie na później. Zrzuciłam z siebie luźną koszulę nocną i weszłam pod prysznic. Wyszorowałam dokładnie ciało, spłukując z siebie malutką cząstkę tamtego miejsca. Mydło miało oszałamiający zapach. Zapamiętałam, że muszę spytać się Blythe co to za zapach. Na innym opakowaniu było napisane szampon, więc umyłam także włosy. Było to przedziwne uczucie, bez bacznego oka strażniczki i ograniczenia czasowego. Jednak szybko wyszłam z pod wody, której nie cierpiałam ze względu tego, w jak wielu torturach ją wykorzystywali. Zorientowałam się, że z kupką ubrań był także ręcznik. Wytarłam dokładnie siebie i wydusiłam włosy.
Podeszłam niepewnie do lustra naprzeciwko prysznica, które obejmowało całą mnie. Dobre światło uświadomiło mi, jakie znamię na sobie noszę. Całe ciało miałam w bliznach. Tych cienkich, podłużnych jak i krótkich. Ślady po oparzeniach na prawie całych udach, dekolcie i plecach. Większość usuwali plastycznie, przecież mieliśmy być doskonali. Oparzeniowe mieli usuwać nie długo, były przecież świeżo po zasklepieniu. Długa i szeroka blizna idąca od brzucha aż po udo. Czasem budziłam się bez niektórych szram, ale ta była od dawien dawna. Praktycznie jednak, każdy milimetr był pokryty blizną, siniakiem, oparzeniem. Ból jaki doświadczałam przez całe życie, był tak bezsensowny. Jako pierwsza dobrze wiedziałam co chcieli od nas. Przy ledwo sześciolatce nie zważa się na słowa. Pewnie nie myśleli, że przeżyje. Odeszłam od tego lustra i przeszłam do umywalki. Znajdowały się na niej szczoteczka do zębów, pasta, szczotka do włosów, suszarka i dwie gumki do włosów. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Mimo takiego czasu tam spędzonego, moje włosy zawsze były złoto-miodowe. Zawsze jednak uważałam, że do szamponu dodawali mi farbę, Ojcu zawsze podobał się mój kolor, mówił mi to co rok. Oczy miałam zielone, wyblakłe i zapewne na zawsze przysłonięte bólem i smutkiem. W dodatku zawsze miałam czerwoną obwódkę, może z wiecznego stresu. Reszta twarzy niczym się nie wyróżniała, prosty proporcjonalny do twarzy nos i trochę pełniejsza dolna warga od górnej. Związałam mokre i ciężkie włosy gumką, żeby mi nie przeszkadzały. Umyłam dokładnie trzy razy zęby, za każdym razem nakładając większą ilość pasty, znowu pozbywając się cząstki dołu. Niepewna podniosłam suszarkę po czym ją uruchomiłam. Wydawała mi się być za ciepła, ale nie miałam wyboru. Plusem było to, że szybko wysuszyła mi włosy i mogłam czym prędzej ją odłożyć. Wzdrygnęłam się. Wreszcie przejrzałam co dali mi do ubrania. Wygodne, czarne materiałowe spodnie. Ciepłe skarpety, chyba w moim rozmiarze. Szara opinająca bluzka z trzema guzikami przy dekolcie i długimi rękawami. Pełna zwątpienia spojrzałam na bieliznę. Jednak po założeniu, okazała się dopasowana. Byłam lekko zszokowana i zawstydzona, ale trudno, ważne, że było. Założyłam resztę ubrań. Spięłam moje włosy , które sięgały już do piersi w luźny koński ogon. Zdezorientowana zauważyłam, że nie dostałam butów. Chociaż Blythe mówiła, że ktoś będzie czekał przed drzwiami. Wzięłam drugą gumkę do włosów na wszelki wypadek. Przekręciłam klucz i nacisnęłam delikatnie klamkę. Przed drzwiami faktycznie ktoś stał. Był to mężczyzna. Wysoki nawet jak na mój wyższy wzrost, silnie zbudowany. Miał kwadratową szczękę i wyraźne kości policzkowe. Ciemne prawie czarne włosy miał roztrzepane. Wnikliwe oczy koloru korzennego i chyba naturalnie różowe wargi.
-Nie mam butów. - zauważyłam roztropnym tonem.
-Co? -spytał zdziwiony, tym, że się odezwałam. -Ach tak, proszę, mam je tu, musieli jeszcze znaleźć dobre sznurówki. -Po czym podał mi parę wiązanych, ciemnych brązowych butów za kostkę.
Zakładając je na stopę, zauważyłam, że były oczywiście w dobrym rozmiarze. W trakcie wiązania pierwszej pary sznurówek, odezwałam się:
-Skąd wy macie tak dokładne wymiary? Wszystko pasuje idealnie.
-Były w twoich aktach z Aetery. - powiedział swobodnie
Na te słowa tak mocno zacisnęłam sznurówki, że aż odcięłam sobie przepływ krwi. Klnąc pod nosem na nowo zaczęłam wiązać. Kiedy skończyłam wstałam i rzuciłam:
-Gdzie teraz?
-Porozmawiasz z Robertem, jest kimś w rodzaju przewodniczącego zamknięciu Aetery. Ma do Ciebie kilka pytań.
-Świetnie, prowadź.
Nie mogłam doczekać się wyjścia na dwór.
-Załóż najpierw to. - po czym podał mi skórzaną kurtkę i ruszył. Narzucił szybkie tempo co mi odpowiadało. Im szybciej tym lepiej. Zeszliśmy kolejne piętro w dół, pokluczyliśmy trochę po korytarzach ale nie miałam w głowie rozglądania się teraz. Wreszcie doszliśmy do automatycznie otwieranych przezroczystych drzwi, które prowadziły na zewnątrz. Do nich zerwałam się sprintem i słyszałam jak on biegnie za mną. Wybiegłam na zewnątrz i zatrzymałam się gwałtownie na środku dziedzińca, pod wielkim drzewem. Znowu łapczywie łapałam powietrze, ciesząc się uczuciem, jakiego doświadczałam, kiedy wypełniało moje płuca. Stałam tak długo, po prostu oddychając i wpatrując się w niebo.
-Mave? -usłyszałam radosny głosik Betty.
Podbiegła do mnie, rzucając mi się w ramiona. Zesztywniałam, ale nic sobie z tego nie zrobiła.
-Powiedzieli mi, że tak masz na imię! O wiele ładniej niż szczurek! -po czym zachichotała.
-No, chyba tak. Słuchaj, pogadałabym, ale muszę iść. Hmm, baw się dobrz… to znaczy, trzymaj się. -Język zaczął mi się plątać, po czym szybko odwróciłam się od niej i podbiegłam do chłopaka. Stał pod drugim budynkiem, naprzeciw tego z którego wyszliśmy. Nie chciałam schodzić z dworu, ale nie miałam zamaru też więcej być naokoło Betty. Jej widok poruszył we mnie coś nowego, nic co chciałam czuć.  Szarpnięciem otworzyłam drzwi, chowając się w budynku.

moje kochane świry muchomorki, niby te wyświetlenia są ale czuję jak bym stała przed lustrem i gadała do siebie, co miałam w zwyczaju robić zbyt wiele razy. ech, autorem piosenki w tytule jest Mumford & Sons, przesyłam im darmowe naklejki i ciasteczka za inspiracje także do kolejnego posta 
Peace out, Lizzy over.

wtorek, 1 grudnia 2015

Cz. 4 What a wonderful world

Hi Brussels,
Dziś kolejna część, dosyć długa, jak możecie zauważyć. Pojawia się nowa postać (o radości iskro bogów) i coś w końcu się dzieje. 
aa no tak, nieoficjalny tytuł obok "Kolejnej kupy" to "Bliźniory"
Marple & Proof

Szybko zapominając o na porannych doświadczeniach chłopcy wrócili do zabawy. Tym razem poszli do ogrodu, by nie narażać już nikogo na jakiekolwiek straty materialne. Marple biegał pomiędzy drzewami, a Proof usiadł pod jednym z nich i w spokoju przekładał wielkie stronice oprawionej w skórę książki.
-Proof, widziałeś?! Tam znowu pojawił się ten ptaszek- mówił zdyszany wskazując na jedną z jabłoni.
-Jaki ptak?- spytał, choć z jego tonu wynikało, że było mu wszystko jedno.
-Jak to jaki, ze złotymi piórami, już kiedyś go tu widzieliśmy- przysiadł w cieniu, koło swojego brata.
-Tak, tak, pamiętam- mówił nie odrywając nosa do kartek.
-Ej o co chodzi? O tą wazę? Przestań, stłukliśmy już takich setki, a Anton zawsze naprawiał wszystkie. Poza tym od kiedy ty się w ogóle uczysz astronomii?- wciąż próbował złapać oddech.
-Od sześciu lat, Marple, sześciu lat. Tobie też polecam zacząć. Myślę, że ktoś się w końcu połapie i będziemy mieć problemy- mówił starając się zachowywać obojętny ton.
- No dobrze, już dobrze, coś ty taki drażliwy?- delikatnie się uśmiechnął.
-Nie jestem drażliwy, tylko zmartwiony twoją edukacją- odparł nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu.
Od strony pałacu szedł ku nim Anton.
-Chodźcie, zaraz macie lekcję szermierki!- krzyknął z oddali-  chyba wam się nie znudziło, Gałgany- ponownie zawołał wyraźnie ich zachęcając.
Chłopcy natychmiast się poderwali i pobiegli w jego stronę.
Udali się do pawilonu, w którym zazwyczaj tłukil się, pod przykrywką nauki „szlachetnej sztuki pojedynku”. Ich nauczyciel już na nich czekał, jak zawsze ubrany w swój seledynowy płaszcz z oślepiająco srebrnymi guzikami. A na imię miał Poloniusz. Jak oni nie lubili tego kretyna.
-Witajcie, dzieci- rzekł nie odrywając wzroku od swojej szpady, którą machinalnie pocierał szmatką.
-Dzień dobry- odburknął Proof.
To była ich trzecia lekcja, ale nawet Marple pałał do niego wyraźną niechęcią, mimo iż zarzekał się, że ten mdły wyraz na jego twarzy, który pojawiał się za każdym razem, gdy słyszał jego imię, to tylko objaw przewlekłego zapalenia trzustki.  Wszystko zaczęło się na pierwszej lekcji, kiedy stwierdził, że „ich umiejętności są szokująco poniżej poziomu początkujących kapucynek” i kilkanaście razy nazwał ich pachołami.
Zapanowała długa, dość niezręczna cisza.
- Gdzie są wasze florety?- wyrzucił powietrze z płuc, odkładając szmatkę.
Marple i Proof automatycznie włożyli maski i wyciągnęli broń z pokrowców, zajęli wyznaczone pozycje i zastygli czekając na dalsze instrukcje. Po kolejnej długiej chwili, której cisza była przerywana tylko przez odchrząkiwanie Proof’a ich nauczyciel, zaszczycił ich trzema słowami.
-No dalej, walczcie- rzekł jakby miał zaraz zwymiotować.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Co mieliby zrobić? Ostatnio nauczyli się tylko trzymać floret tak, żeby nie wsadzić ich sobie w oko. Stwierdzili, że właśnie zostali zmuszeni do improwizacji, więc zrobili kilka chwiejnych wypadów, a Proof starał się uskutecznić zasłonę, co skończyło się przelotem floretu koło ucha kretyna.
- No dobra, pachole, leć po kukłę, bo wasze pojedynki, stwarzają zbyt wielkie zagrożenie dla wszystkich w promieniu dziesięciu mil- rzekł, myśląc, że jest śmieszny.
Nie myśląc za wiele Marple powlekł się do komórki znajdującej się w przeciwległym końcu parku, co chwilę wznosząc kłęby pyłu w powietrze. Kopnął właśnie jeden z białych kamyków leżących na ścieżce, kiedy z żywopłotu dobiegł go cichy, żałosny dźwięk. Rozglądając się wśród drzew podszedł bliżej do źródła tego jęku i odgarnął kłujące gałązki.
- Proof chodź tu szybko! – zawołał głośno.
Usłyszał tylko chrzęst kamieni, które tarły o siebie pod naciskiem biegnących stóp. Klika chwil później poczuł na swoich plecach wzrok brata, a jego reakcja, na tą małą kulkę w krzakach była właśnie taka jakiej się spodziewał. Głęboki wdech zachwytu i jęk strachu.
Na wysuszonych liściach leżał mały lis. Miał najwyżej dwa miesiące. Ciężko było domyślić się, że był lisem, bo jego futerko było śnieżnobiałe, a tęczówki w krwawo czerwonym odcieniu. Takie same krwawe plamy świeciły się na jego boku nad lewą łapką. Wyglądało to dość paskudnie. Rana była poszarpana, a gęsta maź sączyła się z niej na blado żółte liście. Zapewne leżał tam od kilku godzin.
Marple podszedł do niego, a on nawet na nie poruszył oczami. Zdjął swoją kurtkę położył ją na trawie i najdelikatniej jak potrafił przeniósł na nią liska, a ten znowu żałośnie pisnął.
-Już, już malutki- wyszeptał Marple.
Proof pomógł mu podnieść go z ziemi i razem ruszyli w stronę schodów.
-Co tam masz? – zapytał Poloniusz, który zdążył się do nich doczłapać.
-Znalazłem lisa i..- rzekł szybko Marple, chcąc udać się do pałacu.
Kretyn spojrzał na zawiniątko.
- Dajcie mi to- prawie krzyknął, bez śladu poprzedniego znudzenia.
-Po co?!- odparli razem, cofając się o dwa kroki.
-Trzeba ukrócić mu cierpienia- zacisnął dłoń na klindze.
-Zapomnij!- krzyknął Proof jakby strzelony piorunem- to  przecież tylko draśnięcie- powrócił do bardziej racjonalnego tonu.
-Prawie się wykrwawił- naciskał Poloniusz, bez głębszych emocji.
-Brickwick na pewno mu pomoże i…- Marple nie dawał za wygraną.
-Jest astronomem! Nie pieprzoną pielęgniarką!- wrzasnął, łamiącym się głosem. Jeszcze nigdy nie widzieli go w takim stanie. Prawie wyrwał im zawiniątko, bełkocząc pojedyncze sylaby.
-Nie widzisz-że-jest-skażony?!- wysyczał, opluwając ich.
-Skażony? O czym ty mówisz?- zapytał Proof, jakby ktoś dał mu w twarz.
-Jest chory, porzucony przez swoje stado. To wstrętny bękart i podrzutek. Jak możesz wpuszczać tego potwora do pałacu?
-Na takiej samej zasadzie, według której ty możesz w nim mieszkać- odrzekł Proof wciąż przerażony po tym, co usłyszał.
Długo patrzyli się na niego, a no nie mrugnął ani razu. W końcu odeszli w stronę głównej bramy.
-Swoi zawsze trzymają się swoich- zaskrzeczał, gdy wchodzili po schodach.
Mimo, że dobrze to słyszeli nie odwrócili się. Co mu się stało? Swoi trzymają się swoich?
- Nie wiem o co mu chodziło-rzekł Marple, czytając w myślach brata.

-Wiemy tylko, że kretyn jest chory psychicznie- stwierdził Proof. Spojrzeli po sobie i poszli dalej, a ich kroki obijały się echem wśród kamiennych ścian.

Your choices create your story. Carry on. Moose.